Wyprawa do Denpasar – stolicy Bali
Cel: Denpasar
Misja: rozpoznanie terenu przed przeprowadzką, zdobycie informacji o tanich mieszkaniach w okolicach uniwersytetu, zdobycie jakichkolwiek informacji na uniwersytecie, kupno komputera
Dystans do przebycia: około 27km, wyjazd z Ubud – przesiadka w Batubulan – dotarcie na miejsce w Denpasar
Środek transportu: komunikacja miejska
Szanse pozytywnego ukończenia misji (w skali od 1 – 10): 8
No więc do rzeczy……..po szybkim ale treściwym śniadaniu udaliśmy się na miejsce zwane w Polsce przystankiem autobusowym. Tutaj jest to po prostu parking przed lokalnym bazarem. Z informacji jakie uzyskaliśmy od miejscowych musieliśmy znaleźć brązowy busik (miejscowa nazwa: bemo) bo on na pewno jedzie do Batubulan. Busików było około siedem. Podeszliśmy do pierwszego z zapytaniem o trasę do Batubulan na co kierowca wskazał na następny busik. Sytuacja powtórzyła się jeszcze pięć razy. Dopiero ostatni kierowca potwierdził że jedzie tam gdzie chcieliśmy dotrzeć. No i tutaj pojawia się pierwsze zdziwienie na naszych twarzach. Okazało się że z nim też musimy się targować o cenę. Wszędzie musimy się targować. Śmiejemy się powoli że tak nam to wejdzie w krew że po powrocie nawet w zwykłym Tesco będziemy walczyć o niższą cenę przy kasie. Wsiadamy. Busik przypominał trochę poczciwą Nyskę albo Żuka, no ale nie ma co narzekać. Miejscowy folklor sprawia nam wiele radości. Usiedliśmy na samym końcu żeby mieć możliwość lepszej obserwacji tego co w środku się dzieje. Trwało ze 20 minut zanim ktoś się dosiadł. Tutaj mała informacja dla chętnych do podróży Balijską komunikacją miejską – busik nie ruszy dopóki nie będzie w środku kompletu pasażerów. Po około 30 minutach ruszyliśmy. Wszyscy pasażerowie (czyt. miejscowe kobiety wracające z zakupów z bazaru z wielkimi worami wypełnionymi trawą cytrynową oraz liśćmi bambusa) byli mocno zdziwieni naszą obecnością. Byliśmy dla siebie na wzajem nie lada atrakcją. Kierowca o stalowych nerwach jechał całkiem spokojnie. Zapomnieliśmy dodać we wcześniejszych postach że mało kto stosuje tutaj jakiekolwiek zasady ruchu drogowego. Największą popularnością cieszy się klakson , szczególnie na skrzyżowaniach. Jest to ciekawy temat na osobnego posta. Obiecuję zająć się tą kwestią niebawem.
Dojechaliśmy do Batubulan po około 40 minutach jazdy. Część pasażerów wysiadła trochę wcześniej pozdrawiając nas bardzo ciepło. Nie było najgorzej. Na placu autobusowym szybko przesiedliśmy się do drugiego busika i ruszyliśmy na podbój stolicy. Kierowca wysadził nas niedaleko uniwerka a tam czekały na nas już same miłe chwile. W sekretariacie dostaliśmy namiar na ciekawe i tanie mieszkanie studenckie. Nie mogliśmy jednak pojechać zobaczyć jak ono wygląda, bo jak stwierdzili – jest jeszcze w budowie. Całkiem sprawnie nam poszło.
Zadowoleni z siebie ruszyliśmy na poszukiwania komputera. W miejscowym supermarkecie zakumplowaliśmy się trochę z obsługą. Wypytali o nasze pochodzenie i pomogli zamówić taksówkę. Bardzo docenili fakt że staraliśmy się z nimi komunikować w języku Indonezyjskim ( mini – rozmówki okazały się pomocne jak nigdy dotąd). Taksówkarz (z którym też musieliśmy się targować!!!) zawiózł nas do sklepu gdzie mogliśmy spokojnie dokonać zakupu. Kupno komputera okazało się strzałem w dziesiątkę. Cena tańsza od polskiej o jakieś 450 $. Lekko zmęczeni postanowiliśmy zamówić taksówkę aż do Batubulan. Cenowo nie wyszło to najgorzej. Wysiedliśmy nie daleko placyku autobusowego na takim jakby bazarku. W głowie jedna myśl: musimy coś zjeść!!! Podeszliśmy nieco bliżej i szczęki nam opadły. Wyobraźcie sobie taki obraz: Temperatura powietrza około 30 – parę stopni, kurz unosi się nad placem, na środku sterta palących się śmieci, dym gryzie w oczy, zapach nie najciekawszy, wszyscy miejscowi sprzedawcy zaczepiają nas żeby coś od nich kupić, kierowcy prywatnych busików natrętnie przekrzykują się kto ma nas zawieźć do Ubud ( oczywiście za zawyżoną cenę bo jesteśmy turystami ), miejscowe dzieciaki gapią się jakbyśmy byli eksponatami w muzeum, a na środku my z opadniętymi ze zmęczenia i zdziwienia ramionami, z drogim sprzętem w plecaku. Czy się baliśmy……….??? nie pamiętam. Trafiliśmy w miejsce gdzie umiejętność przetrwania i opanowanie liczą się bardziej niż markowy t-shirt. O zrobieniu jakichkolwiek zdjęć nie było raczej mowy. Wytłumaczyliśmy grzecznie kierowcom że czekamy na busik należący do publicznej komunikacji i raczej nie interesują nas ich usługi. Zaczęli się śmiać i coś między sobą mówić. Wydało nam się to bardzo dziwne ale uparcie czekaliśmy dalej. Po po około godzinie czekania jeden z kierowców który mówił trochę po angielsku wytłumaczył nam że już żaden bemo komunikacji miejskiej nie kursuje i że jak znajdziemy kilku chętnych na podróż do Ubud to cena rozłoży się na nas wszystkich i będzie dużo taniej. No to czekamy dalej. Ku naszemu szczęściu po kilkunastu minutach pojawiło się dwóch turystów z wielkimi plecakami. Wyglądali na skacowanych a już na pewno na zmęczonych. Początkowo nie chcieli jechać z nami bo ich celem była niedaleka od Bali wyspa Lombok. Okazało się jednak że z Ubud mają lepsze połączenie więc wsiedliśmy razem by dokończyć naszą misję i wrócić do domu. Busik jeszcze bardziej rozklekotany niż ten którym jechaliśmy rano, ale było nam naprawdę wszystko jedno. WRÓCILIŚMY!!!!
Postanowiliśmy zrekompensować sobie te wszystkie przygody w miejscowej restauracji gdzie podają(…..) pieczona w całości świnia:) W koszyczku wiklinowym wyłożonym liściem bambusa dostaliśmy ryż, kawałki mięsa i prażoną świńską skórkę.
Dopiero Pan Wiesiek wytłumaczył nam że zachowanie ludzi w Batubulan było jak najbardziej normalne i że następnym razem nie powinniśmy tak się przejmować.
P.S. 1 Arachnofobia odeszła w niepamięć, pająki i inne robactwo nie robią już na nas takiego wrażenia. Nie boimy się już wchodzić do łazienki a moskitiera przestała być tak ważna
P.S. 2 Pana Wieśka bolały plecy i nie tańczył w ostatnią niedzielę, dzisiaj raczej też nie wystąpi. Mimo to mamy zamiar obejrzeć wieczorem przedstawienie.
Niedzielne sniadanie
Pan Wiesiu (tak nazwalismy wlasciciela naszego mieszkania) dowiedziawszy sie ze jestem fotografem zaproponowal ze przygotuje dla nas tradycyjne balijskie sniadanie z haczykiem. Haczyk polegal na tym ze zanim zjemy musze zrobic zdjecia do broszurki promujacej jego pokoje goscinne i kulinarne zdolnosci zony i corek. Tym oto sposobem z samego rana pojawil sie na naszej werandzie stolik pelen pachnacych niespodzianek. Jak sie pozniej okazalo pan Wiesiu pracowal kiedys w hotelu gdzie szef kuchni z pochodzeniaFrancuz pokazal mu jak polaczyc miejscowa kuchnie z upodobaniami turystow z innych czesci swiata. Nasze sniadanie skladalo sie z omletu szpinakowo-paprykowego z tostami, omletu biszkoptowo-bananowego z miodem, salatki owocowej i swiezego soku pomaranczowego.
Wczoraj natomiast zrobilem curry z kurczakiem uzywajac miejscowych przypraw. Wyszlo niesamowicie:)
W przyszlych postach chcialbym przyblizyc tradycje kulinarne Balijczykow. Znalazlem ulotke kursu kulinarnego organizowanego w jednej z tutejszych restauracji. Ucza jak po zapachu i konsystencji rozpoznawac przyprawy oraz jak przygotowywac tradycyjne:
Nasi goreng ( smazony ryz z kurczakiem i paprykowa pasta sambal)
Mie goreng ( smazony makaron ze szpinakiem, szalotka i pasta sambal)
Satay ( grilowana wieprzowina lub kurczak marynowana w mleku kokosowym podawana z ostrym sosem orzechowym)
Pepes (marynowana ryba zawijana w liscie bananowca)
Gado – gado ( tofu z warzywami z sosem z orzeszkow ziemnych)
Chyba sie skusze na takie pichcenie z miejscowymi:)
P.S. Wiadomosc dla Oskara: Te banany sa za male zeby z nich krupnioki robic:)
P.S. 2: Pan Wiesiek okazal sie bardzo wszechstronny. Tanczy charytatywnie w grupie wspierajacejmiejscowa swiatynie. Dziesiaj wieczorem idziemy podziwiac jego wygibasy:) Fotorelacja wkrotce.
Milej niedzieli














