Zmiany, zmiany, zmiany
Nie ma co ukrywać….. mój blog ostatnio stanął w miejscu. Od ponad miesiąca prawie nic nie pisałem. Powodów było kilka…
Prawie miesiąc byli u nas rodzice:D To akurat bardzo przyjemny powód. Spędziliśmy naprawdę miłe chwile w roli turystów w miejscu gdzie od 8 miesięcy mieszkamy. Odwiedziliśmy kilka ciekawych zakątków których jeszcze nie widzieliśmy. No i najważniejsze: rodzice sprezentowali nam walizkę pełną polskich przysmaków. Było super!
Drugi powód już nie jest taki fajny.
Mieliśmy wypadek na skuterze. Wyglądało groźnie ale jesteśmy cali. Aga trochę się potłukła i na szczęście nic jej nie jest, ja wylądowałem w szpitalu z rozciętą prawą dłonią. Założyli mi 11 szwów. Kilka ostatnich tygodni musiałem się oszczędzać. Dopiero parę dni temu pierwszy raz wziąłem aparat do ręki i popełniłem kilka kadrów. Odzyskanie pełnej sprawności zajmie trochę czasu, ale jestem dobrej myśli.
No i trzeci powód. Jakiś przemiły pan spamer mocno komentuje wszystkie moje posty i atakuje pocztę. Zanim się spostrzegłem, zdążył ładnie zaśmiecić całego bloga. Powoli powoli wszystkie te jego kreatywne komentarze znikają i wszystko wraca do normy.
Tworząc tą stronę miałem trochę inny zamiar. Miała być fotografia ślubna, jak na razie jest o podróży do Indonezji i fotografii. Postanowiłem jednak wrócić do tego co sobie wcześniej zamierzyłem. Kończę z pisaniem o naszej podróży. Jest taki ktoś kto o tej naszej podróży pisze i robi to z coraz większym zapałem. Wszystkich którzy czytali te moje tekściki odsyłam na bloga: www.agablazy.com od czasu do czasu postaram się coś tam o sobie przemycić:) Dziękuję wszystkim którzy tu zaglądali. Zapraszam ponownie. Będzie trochę inaczej i mam nadzieję że nikogo nie zawiodę.
P.S. Niebawem pokażę coś zupełnie innego. Coś co kocham na równi z fotografią. Prace trwają.
P.S. 2 Obiecałem fotki z Filipin, i z obietnicy się wywiązuję. Miłego odbioru:)














Filipiny i Merry Christmas
Drodzy czytelnicy bloga…
Z okazji nadchodzących Świąt życzę wam dużo ciepła, miłości i cudownych prezentów pod choinką.
Właśnie skończyliśmy się pakować i za moment lecimy na Filipiny. Nowe miejsce, nowi ludzie i tysiące kadrów. Zapraszam po nowym roku na relacje z wyspy Pandan:)
Tymczasem

Buddyjskie wesele Oktalii i Preemy
Oj nie jest to to samo co Fotografia Ślubna Śląsk
Po zachodniej stronie autostrady w Sanur wioska powoli budziła się do życia. Miejscowi sprzedawcy jedzenia, domokrążni szewcy i pomarszczeni staruszkowie, którzy chyba nigdy nie śpią, snuli się uliczkami przytwierdzeni do swoich nienaturalnie długich cieni. Słońce było jeszcze bardzo nisko. Niesamowita mieszanka kolorów, zapachów i dźwięków uświadamiała w jakim rytmie oddycha wszechświat. Na pewno dużo wolniej niż nam (coraz szybciej żyjącym Europejczykom) się wydaje. Ten sielankowy obraz miał jednak jedną małą niedoskonałość… coś mąciło jego spokój. Ryczący silnik naszego skutera pędzącego z zawrotną prędkością 70km/h okazał się być tą rysą na szkle. ZASPALIŚMY!!! Na nasze pierwsze w życiu buddyjskie wesele.
Oczywiście to nie tak, że po prostu zaspaliśmy. Zaczęło się od „pierogowej” imprezy w polskim gronie dzień wcześniej. Tak, zrobiliśmy ruskie z tofu zamiast twarogu! Prosto z imprezy pojechaliśmy do Preema (pan młody) na ceremonię obcinania włosów. Rozpoczęła się ona o północy i trwała dwie godziny.






Po ceremonii i wypiciu czterech butelek… herbaty jaśminowej pojechaliśmy do domu. Trzy godziny snu okazały się nie wystarczające.
No dosyć tego tłumaczenia się:) wróćmy do ceremonii.
Odrobinę spóźnieni wpadlismy do domu pana młodego. Przywitano nas butelką „jaśminowej” i śniadaniem. Kurczak w kilku smakach, ryż, owoce i mnóstwo gości którzy na nasz widok cieszyli się jak dzieci.
Pan młody – sympatyczny 19 latek w kowbojskich butach.

Po półtoragodzinnym śniadaniu wyruszyliśmy do domu panny młodej. Dom okazał się magazynowym zapleczem kawiarenki internetowej której główną atrakcja jest UWAGA!!!… dostęp do Facebooka. Tam odbyły się kolejne rytuały w których zaczynaliśmy się już gubić.









Młodzi po nałożeniu sobie obrączek ruszyli w drogę powrotną do domu rodziców pana młodego gdzie czekała na wszystkich kolejna porcja jedzenia i butelkowanej „jaśminowej”.



















Kolejnym etapem po obiedzie i ceremonii picia herbaty było błogosławieństwo odprawione przez kapłankę w oddalonej o 18 km świątyni buddyjskiej w Kucie.












Podsumowując:
Cała ceremonia ślubna począwszy od obcinania włosów panu młodemu poprzez ceremonię picia herbaty połączoną z wręczeniem skromnych upominków, zakładanie obrączek, błogosławieństwo, ofiary, wzajemne karmienie się makaronem, palenie sztucznych pieniędzy, rzucanie ryżu i monet w parasol aż po wizytę w świątyni była bardzo skomplikowana. Obu rodzinom podczas wesela Oktalii i Preemy towarzyszył przewodnik (wysłannik świątyni) obeznany we wszystkich procedurach. Było bardzo kolorowo, zapachy powalały, a czasami wręcz drapały w gardło, a życzliwość zebranych przywodziła na myśl dobre polskie wesele.
Ps: Butelkowana herbata jaśminowa

W transie
W okolicach Sanur zapada wreszcie zmierzch. Wszyscy ludzie, których napotkaliśmy dzisiaj na swojej drodze, byli jakoś dziwnie zaspani. My też nie czuliśmy się najlepiej. Jest środa, 12 października, pełnia księżyca. To właśnie dzisiaj w nocy czas zatacza pełne koło, co dla miejscowych ma ogromne znaczenie. Wraz ze świtem, machina balijskiego kalendarza rozpocznie nowy miesięczny cykl.
W świątyni Puri Kasiman na przedmieściach Denpasar od dwóch dni trwają obchody Odalanu. Jest to trzydniowy obrzęd wprowadzenia bogów do świątyni w celu utrzymania równowagi życia ludzi i świata. Najprościej mówiąc, ma znaczenie protekcyjne dla członków przynależnych do danej świątyni. Mnie osobiście kojarzy się z obchodami święta Bożego Ciała. Jednak przepych, kolory oraz zapachy jednoznacznie świadczą o odmienności kulturowej tego regionu. Odalan obchodzony jest co 210 dni (tyle trwa rok według kalendarza balijskiego) w każdej świątyni danej wioski, w rocznicę jej zbudowania. Dla członków Puri Kasiman tegoroczne obchody Odalanu były jednak szczególne. Ostatni dzień ceremonii zbiegł się z pełnią księżyca, co niesamowicie podniosło rangę wydarzenia. Przeciętny Balijczyk mówiący po angielsku (rzadkość!) rozróżnia trzy poziomy ważności ceremonii: ceremony, big ceremony i very big ceremony. Odalan podczas pełni wykracza poza skalę przeciętnego Balijczyka mówiącego po angielsku.
Aha… zapomniałem napisać skąd w ogóle się tam wzięliśmy. Za kilka dni przeprowadzamy się do nowego domu. Znowu! Tym razem jest to dom na dłużej. Będziemy mieszkać z indonezyjską rodziną, co mnie i Agę bardzo cieszy. Dumni zaprosili nas na tę ceremonię smsem o treści: it will be interesting to your camera.
Była już co najmniej godzina po zachodzie słońca gdy dotarliśmy „trochę” spóźnieni na obchody. Do całej świątyni przylega kompleks pawilonów (tworzących coś na kształt labiryntu), w których mieszkają gospodarze, opiekujący się nią w czasie gdy stoi ona pusta i nieaktywna. Tutaj mała ciekawostka: świątynie nabierają „świętości” tylko gdy obchodzi się w nich ceremonię. W dni powszednie, przez większą część roku, są jednymi z najspokojniejszych miejsc w wiosce. Tylko od czasu do czasu ktoś wpada z ofiarą, by wykupić pomyślność na najbliższą przyszłość. Po pokonaniu kilkunastometrowego labiryntu, ukazał nam się przedsionek świątyni. Przywitały nas szczere uśmiechy miejscowych, którzy przyglądali nam się nie kryjąc ciekawości.


W pośpiechu przynieśli sarungi (odświętne chusty), którymi owinęliśmy się wokół bioder i poklepując nas po plecach zaprosili nas do wspólnego świętowania. Przed wejściem na dziedziniec świątyni gospodarz zapytał wprost Agę – czy ma okres. Kobiety podczas menstruacji nie mogą przebywać na terenie świątyni. W kulturze zachodniej takie pytanie uznano by za gruby nietakt. On jednak, nie wiedząc czy znamy zasady uczestnictwa w ceremoniach zadał je bez skrępowania. Przecisnęliśmy się przez małą gromadkę ludzi w bramie by zobaczyć co dzieje się w środku. Na około 900 m kw. oświetlonych lekko jarzeniówkami klęczało plecami do nas kilkadziesiąt odświętnie ubranych osób. Dym palonych skorup orzecha kokosowego gryzł w oczy i gardło, a nasze nozdrza wypełnił słodkawy, nieco mdły goździkowo – wiśniowy zapach kadzidełek. Pomiędzy klęczącymi postaciami uwijało się kilkunastu ubranych na biało kapłanów. Nalewali oni na ręce każdego z uczestników odrobinę wody święconej. Uczestnicy natomiast obmywali głowy i szyje, a resztę, która została na rękach, wypijali.

Obrzęd ten zwany Ngeredang jest swego rodzaju spowiedzią, oczyszcza duszę. Trwało to około półtorej godziny.W międzyczasie spacerowaliśmy po całym obiekcie wymieniając uśmiechy z uczestnikami i zajadaliśmy ryżowe ciasto. Widać było, że wszyscy pękają z dumy goszcząc parę białych podczas tak ważnego dnia.
Przy wielkich cymbałach (zwanych gamelanem) zasiadał ostatni muzyk.


Po drugiej stronie placu dwie drewniane maski z wybałuszonymi oczami zerkały groźnie na coraz liczniejszy tłum. Ręcznie wyrzeźbione, są częścią kompletnych kostiumów i używa się ich podczas kosmologicznych rytuałów religijnych, jak i w balijskim teatrze. Pierwsza z nich przedstawia Baronga.

Jest on smokiem żyjącym w wierzeniach i legendach w południowo-wschodniej Azji. Jego podobizna pojawia się na malowidłach, rzeźbach i innych elementach folkloru i obrzędu. Barong w symbolice religijnej jest uosobieniem dobra. Druga maska to Rangda – wiedźma cmentarna. Uosobienie wyrodnej matki – zła. Za kilka chwil rozpocznie się taniec Baronga i Rangdy, jeden z ostatnich rytuałów kończący trzydniowe obchody Odalanu. Niczego nieświadomi zajęliśmy miejsca, a ja przygotowałem nową kartę pamięci do aparatu.
Pierwsze dźwięki gamelanu wprawiły wszystkich w podejrzane poruszenie. Zebrani na środku dziedzińca gospodarze zaczęli rytualnie poruszać się w rytm muzyki. Każdy z nich miał w rękach jakiś przedmiot. Ostatni trzymał przywiązaną do bambusowego kija żywą kurę i kaczkę.


W pewnym momencie usłyszeliśmy chrapliwy głos jednego z mężczyzn. Rangda przybyła! Kapłani świadomi wejścia jej duszy w jego ciało nałożyli mu na głowę maskę wiedźmy. Wywijając piruety rozpoczęła taniec śmierci. Po kilku chwilach głośne krzyki i konwulsyjne ruchy dwóch innych mężczyzn oznajmiły przybycie Baronga. Okrążając się wzajemnie, potwory rozpoczęły odwieczną walkę dobra ze złem. Na pomoc Barongowi przybyło kilkunastu kapłanów uzbrojonych w krótkie, balijskie miecze. Rangda, świadoma ich ziemskiego pochodzenia, rzuca na nich zaklęcie. Pogrążeni w hipnotycznym tańcu skierowali ostrza mieczy we własną pierś jednak stwardniałe przez trans mięśnie i skóra nie pozwalają się przebić.

Przepiękne i zarazem przerażające widowisko kończy się sytuacją patową: Barong i Rangda rozchodzą się, walka nie przynosi zwycięstwa żadnemu z nich.
Pomyśleliśmy, że to już koniec. Z powodu słabego światła miałem wielki problem z robieniem zdjęć. W pewnym momencie, na drugim końcu dziedzińca, wybuchła panika. To już nie były żarty. Jedna z kobiet wpadła w trans. Oznaczało to, że moc rytuału udzieliła się wszystkim uczestnikom. Przerażony ruszyłem w tłum. Świetna okazja do robienia zdjęć. W powietrzu czuć było niepewność. Rozbiegane spojrzenia ludzi szukały kolejnych osób wpadających w trans. Roztrzęsionymi rękoma przyłożyłem aparat do oka. W tym samym momencie, za moimi plecami usłyszałem krzyki i tłum popchnął mnie tak, że prawie straciłem równowagę. Dostałem pięścią w głowę. Zdjęcia robiłem na oślep, nie wiedząc czego się spodziewać. Z drugiego końca placu ujrzałem przerażoną minę Agi. Okazało się, że w trans wpadł mężczyzna mniej więcej mojej postury. Jednym ruchem ręki zmiótł kilka osób stojących najbliżej mnie. Co silniejsi mężczyźni wyłapywali osoby pogrążone w transie i ustawiali je trzymając je za ramiona na środku placu. Ukazały nam się ich powykręcane twarze. Niektórzy płakali, inni wyli jak wilki, jedna kobieta tańczyła z bardzo niesmacznym grymasem twarzy. Dawno nie byłem tak przerażony. Kapłani krążyli w koło, odmawiając modlitwy i skrapiając im głowy wodą święconą. Ogłuszające dźwięki gamelanu przeszywały moje uszy. Jeden z muzyków ryknął i zaczął drżeć, jakby kopał go prąd. Przybiegło kilku mężczyzn i wyciągnęło go na środek. CHAOS!








Czterdziestu kapłanów skupionych do granic możliwości panowało nad przerażonym tłumem. Przez 20 długich minut świat wirował jak oszalały. Orkiestra przycichła. Oznaczało to, że kapłani opanowali sytuację. Dudniło mi w uszach. Wykończeni „wybrańcy” słaniali się na nogach. Odalan dobiegł końca. Była 1:30 w nocy.
Nie wierzyliśmy, że to wydarzyło się naprawdę. A jednak! Nasz pierwszy prawdziwy kontakt z balijskim hinduizmem na pewno na długo zostanie nam w pamięci.
Podczas pisania tego tekstu korzystałem z książki: „Bali- raj mórz południowych, wyspa czcicieli kosmosu” autorstwa Janusza Lenartowicza.
Chciałem też podziękować Adamowi Piotrowskiemu, znawcy kultury i wierzeń Balijczyków, podróżnikowi, autorowi książki „Świty o zmierzchu” oraz współwłaścicielowi firmy „Far Horizon”.
„Człowiek widzi tylko to co rozumie”… Dobrze jest rozumieć to co się ogląda.
Amed – kraina soli morskiej i tysiaca taksowkarzy
Pomiędzy przeprowadzką z Ubud do Sanur mieliśmy 3 dni wolnego czasu. Mogliśmy na ten czas wynająć gdzieś pokój lub trochę pojeździć po wyspie. Znajomy podpowiedział nam że możemy wybrać się do bardo ciekawej wioski na wschodnim wybrzeżu. Nie zastanawiając się długo pojechaliśmy do Amed.
Droga nie była łatwa. Okazało się że w całej okolicy odbywają się uroczystości pogrzebowe i większość dróg jest zablokowana. Na dodatek kierowca nie pozwolił nam używać klimatyzacji bo cena jaką zapłaciliśmy za przejazd nie zawiera opcji aircon.
Jechaliśmy krętymi ścieżkami pomiędzy tarasami ryżowymi usytuowanymi na górach wulkanicznych.
Wilgotne i ciepłe powietrze spowodowało że ubrania kleiły nam się do ciała. Przykładając wizjer aparatu do oka widziałem parę na obiektywie. Odpuściłem i schowałem aparat do plecaka.
Dotarliśmy na miejsce po około czterech godzinach. Na zewnątrz było jeszcze cieplej niż w samochodzie. Wysuszona trawa w zasięgu naszego wzroku przypominała mi sceny z westernów puszczanych w telewizji w niedzielne przedpołudnia. Grupka miejscowych dzieci widząc nowych turystów zbiegła się proponując nam kupno wody oraz pudełek z nieznaną nam jeszcze zawartością. Postanowiliśmy przejść przez wieś i rozejrzeć się za jakimś noclegiem. Pierwsze kilka prób okazało się chybionych. Zaporowe ceny jak dla nas. Prawdopodobnie właściciele domków do wynajęcia widząc nasze aparaty na szyjach stwierdzili że zapłacimy każdą cenę i że nie liczymy się z kosztami. Przekonaliśmy się już wcześniej że pokazywanie wartościowych przedmiotów i posiadanie jasnej karnacji nie zawsze przekłada się na niską cenę za usługę czy zakupy na miejscowym bazarku.
W końcu znaleźliśmy nocleg. Po kilkunastominutowych negocjacjach właściciel zgodził się na cenę jaką zaproponowaliśmy. Przepiękny domek w odległości 10 metrów od Morza Balijskiego. Wybiegliśmy rozradowani pomoczyć nogi w wodzie. Wtedy naszym oczom ukazał się monumentalny wulkan Karangasem. W najbliższym sąsiedztwie znajdowało się też gospodarstwo które nie przypominało w niczym tych które widzieliśmy do tej pory. Koryta z palmy kokosowej wystawione w najbardziej dostępnym dla słońca miejscu, ziemia podzielona na kilkumetrowe kwadraty uklepana i twarda no i wielkie leje wypełnione jakimś płynem i błotem.
Cała wioska jest jakby niezintegrowana z całą resztą wyspy. Wyglądało to tak jakby cywilizacja tam jeszcze nie dotarła(w takim stopniu jak w innych rejonach Bali). I o to nam właśnie chodziło. Spędzić kilka dni w zacisznym miejscu.
Następnego dnia od rana zacząłem gromadzić informacje na temat tego gospodarstwa z sąsiedztwa. Mieszkańcy Amed żyli głównie z łowienia ryb. Dodatkowo zajmowali się produkcją soli z wody morskiej. Codziennie rano nosili na plecach wodę z morza i wlewali ją do lejów wypełnionych ziemią. Woda filtrując się spływała do zbiorników z których przenosili ją do korytek zrobionych z palm kokosowych. Ta wyparowując zostawiała warstwę soli. Czysta chemia:)
Gdy pierwszy raz wszedłem na teren gospodarstwa z aparatem przybiegła za mną prawie cała wieś. Każdy chciał mi sprzedać pudełeczko z solą takie samo jak te dzieciaki zaraz po naszym przyjeździe. Grzecznie odmówiłem. Kupując od jednego reszta poczułaby się odtrącona. Poględziłem chwilę z właścicielami posejsi i odszedłem żeby poczekać na lepsze światło. Jakieś dwie godziny przed zachodem słońca wróciłem. Ten czas okazał się idealny do robienia zdjęć.
Po zachodzie wybraliśmy się na spacer wzdłuż plaży. Grupki dzieci zaczepiały nas co kilka metrów proponując sól w pudełeczkach. 

Nastał dzień drugi. Do opuszczenia naszego zakwaterowania mieliśmy jeszcze kilka godzin. Widząc że rozpoczęła się praca przy produkcji soli podszedłem bliżej. Zamarłem w bezruchu. Nogi zrobiły mi się ciężkie jak z betonu. Nie mogłem podnieść aparatu do oka. Twarze pracowników wykrzywione w grymasie zmęczenia i walki z palącym słońcem sparaliżowały mnie do reszty. Zauważyli że ich obserwuję. W momencie gdy nasze spojrzenia się spotkały chciałem się wycofać. Chciałem przeprosić że się narzucam, że muszą wykonywać tak ciężką pracę, że jestem tylko turystą w kolorowej koszulce szukającym dobrego tematu na zdjęcia. Z każdą sekundą traciłem poczucie wartości tego co robię. Z drugiej strony pomyślałem że już od dawna mam problem z przełamaniem się podczas robienia zdjęć na ulicy. Niby bardzo tego chcę ale się boję. Pierwszy raz w życiu zetknąłem się z prawdziwą biedą. Teraz albo nigdy! Zrobiłem kilka zdjęć. W zamian zostałem obrzucony kamieniami. Marzyło mi się zrobienie im kilku portretów. Idealnie dopełniły by cały materiał. Nie wróciłem. Zabrakło mi odwagi.
Do Ubud wracałem z ostrym zapaleniem spojówki. Trząsłem się z bólu. Aga dzielnie się mną opiekowała aż wyzdrowiałem.
A dlaczego tysiąca taksówkarzy…? Każdy napotkany miejscowy mężczyzna proponował nam podwiezienie. Kilkadziesiąt razy musieliśmy odmawiać. Do dzisiaj śmiejemy się że że Amed jest krainą soli i kierowców.
Cała podróż(dwa noclegi ze śniadaniem w domku na plaży, przejazd z prywatnym kierowcą z powrotem do Ubud) kosztowała nas tyle co jednodniowy pobyt w jakimkolwiek hotelu w bardziej cywilizowanych częściach wyspy.
Warto było:)

















